poniedziałek, 7 stycznia 2013

Rozdział. 5

*oczami Justina*
Jestem bardzo zadowolony, mój pomysł na razie idzie zgodnie z planem, Sam
na szczęście nie protestuje. Cały plan polega na tym, że spędzę z Sam cały weekend, w pięknym domku nad jeziorem. To taki prezent, przeprosinowy.
Jej rodzicie o wszystkim wiedzą, byłem wcześniej w jej domu po jej rzeczy. Odbyło się bez problemu, bo zastałem spakowaną walizkę, najwidoczniej to zasługa jej matki. Wszystko miałem dokładnie zaplanowane. Miejsce, do którego zmierzaliśmy znajdowało się 40km od miasta. Mniej więcej godzina drogi.
Była godzina 15, wyszedłem z domu Sam i zamówiłem limuzynę, nie przepadam za nimi, ale chciałem zrobić dobre wrażenie. Czekałem chwilę, aż w końcu przyjechała. Szofer zapakował zręcznie walizki do bagażnika. Wsiadłem
do tyłu i podałem mu adres szpitala. Dojechaliśmy po 5 minutach, Sam "czekała" już pod szpitalem. Chyba płakała. Nie mogłem na to pozwolić, nie nawidziłem gdy dziewczyny płaczą, wtedy mi też było smutno.Wyszedłem z auta i wręczyłem jej kwiaty. Ona tylko spojrzała na mnie zaskoczona. Pocałowałem ja w policzek, wziąłem na ręce i wsadziłem do samochodu.
Sam była przestraszona to widać, jednak nie protestowała zbytnio. Spodziewałem się dziwnej reakcji, nie ot tak wsadza się damy do samochodu, bez zapowiedzenia. Wsadziłem jej wózek inwalidzki do bagażnika i również wsiadłem do samochodu. Dziewczyna dłuższy czas mi się przyglądała,ja się tylko głupio uśmiechałem.
- ekhem, Justin, mam pytanie , gdzie ty mnie wieziesz? - spytała dosyć cicho. Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się tajemniczo.
 - Mam zadzwonić po policję ? - zaśmiała się lekko. Zaśmiałem się również.
 - Nie, to tylko niespodzianka zobaczysz.Nie zrobię ci krzywdy, twoi rodzice o wszystkim wiedzą, to taki jakby prezent ode mnie. Jak chcesz to możesz trochę pospać. Jeszcze długa droga przed nami.- uśmiechnąłem się przyjaznie.
- Justin , do cholery gdzie ty mnie wieziesz?! -zaśmiała się.
-Zobaczysz, a teraz się zdrzemnij. - uśmiechnąłem się i wskazałem na ramie, żeby mogła się oprzeć. Dziewczyna skusiła się na moją propozycję i już po chwili słodko spała. Wkrótce dojechaliśmy. Osunąłem lekko głowę dziewczyny, tak aby jej nie obudzić. Udało mi się, wyszedłem z samochodu i otworzyłem bagażnik, szofer wyjął walizki i zaniósł je do domku. Wziąłem Sam na ręce, przerzuciłem ją przez ramię i powoli szedłem ku domu. Dom był ogromny,
miał kuchnię, ogromny salon, 5 pokoi i 4 łazienki. Zaniosłem Sam do sypialni, położyłem na łóżku i zdjąłem jej buty z nóg. Przykryłem ją kołdrą, ja sam jednak zszedłem na dół po walizki, by zanieść je do pokoju. Postanowiłem zrobić coś na kolację, dochodziła 18, a planowałem spędzić ten czas romantycznie. Zamówiłem róże, miały przyjechać za pół godziny. Zabrałem się za robienie potrawy, planowałem zrobić spaghetti, mmm... włoska kuchnia.
Wyjąłem garnki i wrzuciłem makaron do wody. W trakcie sporządziłem pomidorowy sos i wszystko było ok. Posypałem lekko przyprawą i postawiłem na stole, zapaliłem świeczki w kształcie serduszek i włączyłem cicho muzykę.
Teraz musiałem tylko poczekać na kwiaty i obudzić Sam. Przyznam, trochę się denerwowałem.
*oczami Sam*
Obudziłam się w jakimś pokoju, prawie nic kojarzyłam. Po chwili przypomniałam sobie fakty. Szpital, kwiaty, Justin, niespodzianka...
A teraz leżę tu, w jakimś pokoju, na dworzu prawie ciemno, mniemam daleko od domu, wiem, że tu w pobliżu jest Justin. Chyba trochę się boję. Co jeśli coś mi zrobi? Wiem,że to głupia myśl, zresztą jestem jego fanką. Normalna Beliebers by chyba skakała ze szczęścia, ale ja po prostu odczuwałam strach. Byłam bezsilna. Nie wiem nawet czy będę miała siłę wstać. Może jednak spróbuję... "Tak! Udało mi się!" pomyślałam. Udało mi się lekko podnieść i odkryć kołdrę.
W normalnej chwili bym kogoś zawołała, ale teraz to ja nawet nie wiem gdzie jestem i czy ktoś tu jest. Powoli zwlokłam się z łóżka, zrobiłam jeden mały krok, strasznie bolało. Zauważyłam na podłodze walizkę, czyli jednak o ciuchy nie muszę się martwić. Uklękłam przy walizce, otworzyłam ją i wybrałam jakieś ciuchy. Musiałam się odświeżyć,jak mniemam wyglądałam tragicznie.Najgorsze było to,że nie wiedziałam jak się ubrać i co mnie czeka. Bałam się co to za niespodzianka. Przygotowałam szare legginsy i długą, czarną tunikę. Musiałam czuć się jednak luźnie. Podreptałam do toalety, łapiąc się po drodze przedmiotów. Potrzebowałam podpórki. Wiem! Potrzebowałabym kule! Chciałabym poprosić Justina, ale zaraz jeszcze by mnie wyśmiał czy co. Zresztą tak jakoś głupio. Weszłam do kabiny prysznicowej i od razu poczułam się lepiej. Gorące krople wody oblewały moje obolałe ciało. Poczułam ulgę, kto by pomyślał, że mogę już chociaż chodzić, ledwo ale coś. Umyłam włosy oliwkowym szamponem. Wysuszyłam włosy i założyłam przygotowane ciuchy, na nogi założyłam baleriny, wydawały mi się wygodne, popsikałam się trochę perfumem. Miałam wrażenie jakbym poczuła jakieś zapachy. Dochodziły z poza pokoju, powoli doszłam do drzwi i je otworzyłam, poczułam jedzenie, najdokładniej spaghetti. Mmm... moje ulubione danie. Po cichutku, podpierając się schodziłam po schodach. Nie wierzyłam w to co widzę, wszędzie były porozstawiane różowe świece w kształcie serc. Nagle ktoś objął mnie w pasie. Serce zamarło.
- O mój boże! - krzyknęłam. Odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętego Justina.
- Nie strasz mnie tak więcej. - zaśmiałam się.
- Nie miałem zamiaru cię przestraszyć. - uśmiechnął się.
Nagle wręczył mi wielki bukiet czerwonych róż. Pachniały cudnie.
- Ehem, są piękne, Justin! Dziękuję, jesteś cudownym chłopakiem. Mógłbyś włożyć je do wazonu? - uśmiechnęłam się.
- Em, jasne. - wziął ode mnie kwiaty i odszedł na chwilę. Dopiero teraz zauważyłam skąd dobiegały zapachy. Na stole leżało pełno świec, spaghetti oraz wino w butelce. Zamarłam , do tego w moim brzuchu zaburczało. Byłam straasznie głodna, nie jadłam od dwóch dni. Podeszłam trochę bliżej, nadal nie dowierzając.
- To wszystko dla mnie? - spytałam Justina, który właśnie położył wazon na stole.
- No tak - uśmiechnął się.
- Zgodziłabyś się zjeść ze mną kolację? - spytał.
- Oczywiście, że tak! Zjadłabym konia z kopytami! - zaśmiałam się. Chłopak też. Widać,że się postarał. Po prostu przestałam się go bać, wiedziałam, że nie zrobi mi krzywdy.
- Niestety mam tylko spaghetti, no ale jak sobie życzysz, może być i koń... - zaśmiał się wyciągając telefon.
- Nie, nie! Żartowałam!- razem wybuchnęliśmy śmiechem. Przy Justinie czułam się taka wyluzowana. To dziwne. Zasiadliśmy do stołu. Wziełam do ręki sztućce i zaczęłam jeść.
- Mmm... pycha - skomentowałam potrawę.
- Sam robiłeś? - zapytałam z uśmiechem.
- Sam. - odparł Justin, zajmując się jedzeniem.
- Tak przy okazji, pięknie dziś wyglądasz- uśmiechnął się zadziorne.
-Dziękuję. A tak właściwie to... ja chciałam spytać gdzie się w ogóle znajduje?- spytałam.
- Jesteśmy w willi nad jeziorem, która kupiłem, by spędzać w niej wakacje.
- Hm... a co to ma wspólnego ze mną, zresztą wydaje mi się,że jest połowa maja?  - uśmiechnęłam się.
- Ah, no bo wiesz chciałem spędzić z tobą weekend, we dwoje- uśmiechnął się.
- aha, zawstydziłeś mnie - zarumieniłam się.
- Nie martw się, to była ta niespodzianka.
Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Zacznie mi "na niby" odwalać.
-OMG. Nie wierze , przede mną siedzi JUSTIN BIEBER! AAAAAAAAAA! - zaczęłam się drzeć.
- MOGĘ ZROBIĆ SOBIE Z TOBĄ ZDJĘCIE?! KOCHAM CIĘ!- darłam się w niebogłosy. Dziwne , że moje gardło jest takie silne. Justin tylko zaczął się śmiać, ja też.
- Sorka, mam późną jaźń. Nie gniewasz się? Już mi przeszło - zaśmiałam się.
- Nie no co ty, to normalka - zaśmiałam się razem z nim.
-Chodź, pooglądamy jakiś film? - spytał wstając od stołu i podając mi rękę.
- Uhm, okej , tylko nic strasznego, potem mam koszmary - zerknęłam na niego. Wiedziałam, że coś szykuje.
- Ehm, to nie będzie nic strasznego - zaśmiał się cicho pod nosem.
- No to chodź- pociągnął mnie za rękę i zaprowadził do salonu. Usiadłam na kanapie. Justin włączył film i poszedł po coś do picia. Po chwili wrócił z sokiem i popcornem. Podał mi sok i usiadł obok mnie.
- Miłego seansu - uśmiechnął się i objął mnie ramieniem.
- Em, dzięki. Mam się bać? - spytałam.
- Może trochę, to tylko horror. - wtulił mnie w siebie.
- Justin, mówiłam ci że będę mieć koszmary.
- Nic się nie bój, jesteś tu ze mną- uśmiechnął się.
- No ok,ok. - przewróciłam teatralnie oczami.
- Ale jak dostanę zawału, to ty wieziesz mnie do szpitala, a dopiero co z niego wróciłam. - zaśmiałam się. Chłopak chyba się wystraszył bo przytulił mnie jeszcze mocniej. Film się zaczął. Jak się okazało była to Piła 4. Masakra, gościu z piłą latał po lesie itd. Trzęsłam się ze strachu, w połowie filmu nie wytrzymałam i poprosiłam Jusa żeby go wyłączył. Zrobił to bez wahania.
- Nie masz nic przeciwko temu bym poszła już do pokoju, hm? - uśmiechnęłam się.
- Nie, zaraz cię zaprowadzę.- wziął mnie za rękę i powoli poszliśmy.
Wejście po schodach było trudniejsze niż myślałam, nie mogłam zbytnio się podeprzeć. Na szczęście był ze mną Justin, wziął mnie na ręce i wniósł na górę.
Był silny i dobrze zbudowany. Dopiero teraz miałam okazje mu się przyjrzeć z bliska.
- Justin, czy byłaby możliwość załatwienia kuli dla mnie? Byłoby mi o wiele łatwiej - spytałam z zaskoczenia.
- Jasne , zobaczę co da się zrobić- odprowadził mnie do pokoju i pocałował w policzek na dobranoc.
- Dobranoc, jeszcze raz ci dziękuję- szepnęłam i weszłam do pokoju.
Umyłam się i ubrałam w piżamę. Położyłam się do łóżka. Długo nie mogłam zasnąć. Leżałam chyba z pół godziny aż w końcu zasnęłam.

---------------------------------------------------
He, jestem już wycieńczona i rozdział wyszedł do dupy, także sorka za to.
Jest długi i się cieszę. Jak Wam mija nowy rok? Bo mi nawet dobrze:)
Następny rozdział= 8 komentarzy
xoxox

wtorek, 1 stycznia 2013

Rozdział. 4

*oczami Sam*
No ładnie, poprosiłam Margaret by poszła po Justina. Widziałam tylko jak chwilę z nim rozmawiała a on sobie poszedł. Trudno. Margaret opowiedziała mi ich rozmowę. A więc to przez niego ten cały wypadek, myślę sobie. Włączyłam telefon i zaczęłam grac w jakąś nudną gierkę. Po chwili przyszedł lekarz, powiedział, że już dzisiaj po południu mogę wychodzić do domu. Hurray! Zadzwoniłam do mamy. Odebrała po paru sygnałach.
- Hej curuś.
- Cześć mamo, jak tam ręka? - spytałam szeptem, ledwo mogłam mówic , lecz głos wracał mi już do zdrowia.
- Ah, już dobrze, a jak tam twoje zdrowie?
- Eh, czuję się lepiej, myślę że nawet dobrze. Wiesz, że wychodzę dzisiaj po południu? Czy tato mógłby przywieźć mi rzeczy? - zapytałam uradowana myślą, że już dzisiaj opuszczę szpital.
- ok. ja już muszę kończyć. pa pa. - rozłączyła się.
Nie wiem kiedy, zapadłam w drzemkę, Margaret przykryła mnie kocem.

*oczami Justina*
Wyszedłem przed szpital, dalej walczyłem z moimi myślami, tego było już za dużo. Ta sprawa z Sel i ten wypadek. Po prostu masakra. Wsiadłem do samochodu i wybrałem nr telefonu. Musiałem zadzwonić do Alfredo i się go poradzić, do tego miałem nadzieję że mnie trochę pocieszy. Umówiłem się z nim w kawiarni obok hotelu, za 30 minut. W sam raz, mam jeszcze czas aby przemyśleć, jaki prezent przeprosinowy kupić, lub dać Sam. Było mi jej żal.
Włączyłem głośniki na fula i wsłuchiwałem się w ostre brzmienia rocka. Tak, muzyka, tego mi było trzeba. Dojechałem na miejsce, wyszedłem z samochodu,
o nie, zaczął padać deszcz. Wszedłem do kawiarenki i zająłem miejsce w kącie. Byłem pierwszy. Wpatrywałem się w strugi spływającego po szybach deszczu.
Uspokoiłem się trochę. O, wreszcie przyjechał Alfredo. Uwielbiam go, jest moim najlepszym przyjacielem, zawsze potrafi doradzić, przytulić i rozśmieszyć. Przybiliśmy żółwika i misia. Usiadliśmy do stolika. Zamówiliśmy sobie po kawie. Zacząłem mu opowiadać o wszystkim: o wywiadzie, o Selenie, o wypadku, o Sam, o tym , że nie wiem jaki prezent jej dać. Miałem straszny mętlik w głowie, ale poczułem ulgę, że wszystko to z siebie wyrzuciłem.
Alfredo wysłuchał mnie uważnie, zastanowił się chwilę i powiedział.
- O Selene się nie martw, widocznie nie była ciebie warta. A co do tej Sam, to radzę Ci się postarać i ja już mam plan - uśmiechnął się i mnie przytulił.
Walnął jeszcze jakiś kawał i wszystko było ok. Opowiedział mi także ten cały "plan". Był genialny, ale nie zdradzę Wam go teraz.Nie mogłem się go już doczekać, podobno Sam wychodzi dzisiaj ze szpitala. Pożegnałem się z Alfredem i poszedłem do hotelu.
Wziąłem prysznic, ubrałem się. Przeczesałem jeszcze tylko lekko włosy i popsikałem perfumem, byłem gotowy. Wiedziałem, że Sam nie będzie chciała tak od razu mi zaufać itd. Wyszedłem z hotelu, przestało padać. Zaszedłem do pobliskiej kwiaciarni i kupiłem wielki bukiet czerwonych róż. Doczepiłem karteczkę z napisem " Przepraszam". Wsiadłem do samochodu i pojechałem do szpitala.

*oczami Sam*
Przebudziłam się z drzemki. Czułam się o wiele lepiej, Margaret chyba już poszła, bo nie widziałam jej nigdzie. Postanowiłam wstać o własnych siłach i się umyć. Zawołałam pielęgniarkę, by mi jednak pomogła, ponieważ po dwóch podejściach się nie udało. Kobieta przywiozła mi wózek inwalidzki, powiedziała, że tak mi będzie lepiej. Za jej pomocą na niego usiadłam. Zawiozła mnie do łazienki i spytała czy mi nie pomóc przy myciu. Poprosiłam ją, żeby mnie tylko pomogła wstać i że ją przywołam guzikiem gdy skończę się myć by mi pomogła usiąść i wyprowadzić ze szpitala, miał przyjechać po mnie ojciec. Oczywiście, gdy skończy dzisiaj szybciej pracę. Umyłam się, poczułam lekkie orzeźwienie i ulgę, zmyłam z siebie wszelkie rany. Wzdechłam głęboko, wdychając zapach oliwkowego mydła. Wyszłam z prysznica i powoli, o siłach, zaczęłam się ubierać, widocznie pielęgniarka przyniosła tu moją torbę z rzeczami.
Założyłam rurki, jakiś letni t-shirt i bluzę. Na nogi założyłam baleriny.
Podczas ubierani spojrzałam do lustra, miałam pełno siniaków na rękach i nogach, nawet na szyi. Najgorszy w tym wszystkim był ból. Ale cóż, trzeba żyć dalej i nie żyć przeszłością. Zawołałam pielęgniarkę, a ona pomogła mi usiąść.
Spakowałam jeszcze wszystkie swoje rzeczy i pożegnałam się. Kobieta pomogła mi wyjechać ze szpitala. Odprowadziła mnie na chodnik i pożegnała się ze mną, powiedziałam jej, że zaraz ktoś powinien do mnie przyjechać.
Czekałam chyba z 40 minut, zaczęłam się nudzić, w myślach kłębiło mi się dziwne uczucie - czy oni zapomnieli o mnie? W moim oku pojawiła się łza.
Nagle zza rogu wyjechała jakaś wielka czarna limuzyna, nigdy takiej nie widziałam. Zdziwiłam się, że podjechała właśnie pod krawężnik chodnika na którym "siedziałam". Z samochodu wyszedł jakiś chłopak. Nie, to nie był jakiś tam chłopak, to był Justin Bieber. Potem to co się działo, nie mogę nadal w to uwierzyć. Podszedł do mnie wręczył mi bukiet kwiatów, pocałował w policzek, zawiózł mnie pod samochód. Po chwili wziął na ręce, ja protestowałam ale on wsadził mnie do samochodu, z początku trochę się bałam, bo nie od tak zabiera się ludzi z ulicy.Justin co chwilę na mnie patrzał i uśmiechał się. Zauważył chyba, że się boję. Złapał mnie za rękę. Miał ciepłą, wręcz gorącą dłoń.Poczułam to ciepło odrazu i po chwili zrobiło mi się lepiej. Spojrzałam na bukiet. Był piękny. Pachniał cudownie. W pewnym momencie zauważyłam karteczkę doczepioną do łodyżki. To był szok. " Przepraszam" - taki napis widniał na tej karteczce. Zrobiło mi się go żal. Postanowiłam się do niego odezwać. Wiedziałam, że nie mogę nadwyrężać głosu, dlatego zaczęłam cicho.
- ekhem, Justin, mam pytanie , gdzie ty mnie wieziesz? - spytałam szeptem lekko zdenerwowana. Chłopak spojrzał na mnie, uśmiechnął się tylko tajemniczo i nadal nic nie mówił.
- Mam zadzwonić po policję ? - zaśmiałam się lekko. Zaśmiał się również i odpowiedział tylko:
- Nie, to tylko niespodzianka zobaczysz. Jak chcesz to możesz trochę pospać.
Jeszcze długa droga przed nami.- uśmiechnął się tajemniczo.
- Justin , do cholery gdzie ty mnie wieziesz?! - krzyknęłam prawie, z załamaną miną. Widział, że się denerwuję. Zaczęłam się rumienić i pocić, miałam mroczki przed oczami, mdlałam prawie, tak chciało mi się pić. Nie mając wyboru, oparłam głowę o ramię Justina, czułam jego boski zapach. Tak, pociągał mnie.
Po chwili, w rozmyśleniach, nie wiedząc gdzie się obudzę, zasnęłam.

------------------------------------------------------------------------
OMG, nie wiem czy ten rozdział mi wyszedł czy nie, ale jest długi,tak jak prosiliście :) Haha, piszę masakrycznie, wiem i przepraszam za wszystkie błędy językowe, stylistyczne itp. :)
Następny rozdział = minimum 9 komentarzy :)

A tak przy okazji Szczęśliwego Nowego Roku! :) xx