*oczami Justina*
Obudziłem się rano. Waaah... jestem strasznie nie wyspany. Heh, nic dziwnego jak spałem tylko 4 godziny, bo nie mogłem zasnąć po tym filmie.
Spojrzałem na zegarek. Była 9. Mam pełno planów do zrealizowania, więc postanowiłem wstać. Pościeliłem łóżko i założyłem kapcie. Wybrałem ubranie na dziś i poszedłem do łazienki. Wziąłem szybki prysznic i umyłem włosy. Wytarłem porządnie ręcznikiem i je ułożyłem na żelu. Wziąłem do ręki szczoteczkę i porządnie wyszorowałem ząbki. Cały czas myślałem o dziewczynie. Te jej oczy, ten uśmiech... Ahh. Dobra Bieber, ogar.
Założyłem ciuchy i wyszedłem z łazienki. Zaburczało mi w brzuchu, cholera.
Uświadomiłem sobie, że jestem głodny. Hm... a może by zrobić naleśniki?
Mój brzuszek był za. Zszedłem na dół po schodach, po drodze zaglądając jeszcze do pokoju, w którym była Sam. Jak myślałem, jeszcze słodko spała.
No trudno.
Zaparzyłem wodę na herbatę i zabrałem się za robienie naleśników. Nie chwaląc się, byłem mistrzem od kuchni. Po 10 minutach ciasto na naleśniki było gotowe, a olej na patelni dobrze rozgrzany. Pierwsza, druga sterta lądowała na talerzu. W końcu skończyłem gotowanie i postanowiłem obudzić Sam. Pewno też odsypia wczorajszy wieczór.
Zakradłem się cichaczem do góry, dyskretnie otwierając drzwi. Jak by tu ją obudzić? Nie chciałbym być od razu brutalny czy coś. W końcu ona tu miała się zrelaksować a nie denerwować. Już wiem!
Podszedłem do jej łóżka. Nachyliłem się nad nią. Jej zapach... zakręciło mi się w głowie. Ach...
Ocknij się, Justin, po raz kolejny. Jezu, jak ona na mnie działa... Pochyliłem się nad nią i delikatnie pocałowałem w policzek, mrucząc do ucha pobudka.
*oczami Sam*
Byłam w krainie snów. Wszędzie otaczały mnie tęcze, jednorożce, no i facet z piłą. Ugh, znowu on.
To wszystko przez Justina. Tak właśnie... czemu zaczynam słyszeć jego głos...? Czy już naprawdę jest ze mną tak źle? Otworzyłam oczy i ujrzałam nachylonego nade mną Justina, wpatrzonego we mnie z uśmiechem.
- Cześć, Śpiąca Królewno. - pocałował mnie w policzek.
- yyy... czy ja nadal śnie? - przetarłam oczy i oblizałam usta, marszcząc brwi. Musiało wyglądać to dosyć zabawnie, ponieważ Justin zaczął się śmiać.
- Nie, wstawaj już, bo mam pełnoo planów na dzisiaj, a do tego gorące śniadanko czeka- mówił entuzjastycznie.
- No dobra, już wstaję - uśmiechnęłam się.
- Ale wyjdź, muszę się ubrać - zaśmiałam się i gestem wskazałam w kierunku drzwi. Justin spełnił moje polecenie i już po chwili go nie było. Czułam się już dzisiaj znacznie lepiej, wybrałam potrzebne ubrania i podreptałam do łazienki. Umyłam zęby i ubrałam się, włosy spięłam w niechlujnego koczka.
Zeszłam na dół, czekała tam na mnie kolejna niespodzianka. Uśmiechnęłam się na widok sterty naleśników na stole.
- Ojeju, dziękuję. Ale jestem głodna. - uśmiechnęłam się i pomasowałam się po brzuchu.
- No to do jedzenia!- Justin zajął miejsce przy stole na przeciwko mnie. Podał mi syrop klonowy.
Mmm... słodki, lepiący syrop klonowy... same kalorie! Byłam bardzo głodna, więc w moim brzuchu wylądowało aż pięć naleśników.
- Haha, nigdy nie widziałem bardziej żarłocznej dziewczyny - zaśmiał się Justin, dokuczając mi.
Przewróciłam oczami. Lubiłam jeść, i nikt mi nigdy nie mówił, że jestem żarłokiem. Przynajmniej do teraz.
- Co będziemy dzisiaj robić? -zbiegłam z tematu jedzenia.
- Planowałem pojechać może do zoo? Taka ładna pogoda. - pokazał na okno.
- Aż szkoda w domu siedzieć- uśmiechnął się.
- Co ty na to? - spojrzał na mnie.
- Nie daj się prosić.
- No dobrze, może być i zoo.
- Wiedziałem! W takim razie za godzinę jedziemy, ok? Mam już wszystko zaplanowane!-był bardzo rozradowany.
- Chcę, byś ten dzień spędziła wyjątkowo! - uśmiechnęłam się blado, chyba robiło mi się słabo. No tak, od wczoraj nic nie piłam.
- Em, Justin? Mogę prosić coś do picia? Słabo mi jest.- oblizałam usta.
- Słabo?! ok, ok. już się robi.- Justin 'poleciał' po wodę do kuchni, i już po chwili był przy mnie ze szklanką, podając mi ją do ręki, z zatroskaną miną.
- Dzięki, już jest mi lepiej. - uśmiechnęłam się blado.
- Naprawdę? To dobrze. Połóż się na kanapę a ja ci zaraz coś przyniosę, ok? Tylko spokojnie, masz odpoczywać! - podniósł mnie i zaniósł do salonu, kładąc na kanapie i przykrywając kocem.
- Poczekaj na mnie chwilę, zaraz wrócę.
Blado skinęłam Justinowi głową.
----------------------------------------------------------
Hej! Przepraszam,że dawno nie pisałam, ale nie wiedziałam czy ktoś czyta i będzie czytał to opowiadanie.
Co sądzicie? Przepraszam,że nudne, ale akcja się dopiero rozkręci.
Jak chcecie być informowani na twitterze, to piszcie w komentarzach :)
Czytasz? = Komentujesz :)
xoxo, @luuvswaggie
niedziela, 10 lutego 2013
poniedziałek, 7 stycznia 2013
Rozdział. 5
*oczami Justina*
Jestem bardzo zadowolony, mój pomysł na razie idzie zgodnie z planem, Sam
na szczęście nie protestuje. Cały plan polega na tym, że spędzę z Sam cały weekend, w pięknym domku nad jeziorem. To taki prezent, przeprosinowy.
Jej rodzicie o wszystkim wiedzą, byłem wcześniej w jej domu po jej rzeczy. Odbyło się bez problemu, bo zastałem spakowaną walizkę, najwidoczniej to zasługa jej matki. Wszystko miałem dokładnie zaplanowane. Miejsce, do którego zmierzaliśmy znajdowało się 40km od miasta. Mniej więcej godzina drogi.
Była godzina 15, wyszedłem z domu Sam i zamówiłem limuzynę, nie przepadam za nimi, ale chciałem zrobić dobre wrażenie. Czekałem chwilę, aż w końcu przyjechała. Szofer zapakował zręcznie walizki do bagażnika. Wsiadłem
do tyłu i podałem mu adres szpitala. Dojechaliśmy po 5 minutach, Sam "czekała" już pod szpitalem. Chyba płakała. Nie mogłem na to pozwolić, nie nawidziłem gdy dziewczyny płaczą, wtedy mi też było smutno.Wyszedłem z auta i wręczyłem jej kwiaty. Ona tylko spojrzała na mnie zaskoczona. Pocałowałem ja w policzek, wziąłem na ręce i wsadziłem do samochodu.
Sam była przestraszona to widać, jednak nie protestowała zbytnio. Spodziewałem się dziwnej reakcji, nie ot tak wsadza się damy do samochodu, bez zapowiedzenia. Wsadziłem jej wózek inwalidzki do bagażnika i również wsiadłem do samochodu. Dziewczyna dłuższy czas mi się przyglądała,ja się tylko głupio uśmiechałem.
- ekhem, Justin, mam pytanie , gdzie ty mnie wieziesz? - spytała dosyć cicho. Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się tajemniczo.
- Mam zadzwonić po policję ? - zaśmiała się lekko. Zaśmiałem się również.
- Nie, to tylko niespodzianka zobaczysz.Nie zrobię ci krzywdy, twoi rodzice o wszystkim wiedzą, to taki jakby prezent ode mnie. Jak chcesz to możesz trochę pospać. Jeszcze długa droga przed nami.- uśmiechnąłem się przyjaznie.
- Justin , do cholery gdzie ty mnie wieziesz?! -zaśmiała się.
-Zobaczysz, a teraz się zdrzemnij. - uśmiechnąłem się i wskazałem na ramie, żeby mogła się oprzeć. Dziewczyna skusiła się na moją propozycję i już po chwili słodko spała. Wkrótce dojechaliśmy. Osunąłem lekko głowę dziewczyny, tak aby jej nie obudzić. Udało mi się, wyszedłem z samochodu i otworzyłem bagażnik, szofer wyjął walizki i zaniósł je do domku. Wziąłem Sam na ręce, przerzuciłem ją przez ramię i powoli szedłem ku domu. Dom był ogromny,
miał kuchnię, ogromny salon, 5 pokoi i 4 łazienki. Zaniosłem Sam do sypialni, położyłem na łóżku i zdjąłem jej buty z nóg. Przykryłem ją kołdrą, ja sam jednak zszedłem na dół po walizki, by zanieść je do pokoju. Postanowiłem zrobić coś na kolację, dochodziła 18, a planowałem spędzić ten czas romantycznie. Zamówiłem róże, miały przyjechać za pół godziny. Zabrałem się za robienie potrawy, planowałem zrobić spaghetti, mmm... włoska kuchnia.
Wyjąłem garnki i wrzuciłem makaron do wody. W trakcie sporządziłem pomidorowy sos i wszystko było ok. Posypałem lekko przyprawą i postawiłem na stole, zapaliłem świeczki w kształcie serduszek i włączyłem cicho muzykę.
Teraz musiałem tylko poczekać na kwiaty i obudzić Sam. Przyznam, trochę się denerwowałem.
*oczami Sam*
Obudziłam się w jakimś pokoju, prawie nic kojarzyłam. Po chwili przypomniałam sobie fakty. Szpital, kwiaty, Justin, niespodzianka...
A teraz leżę tu, w jakimś pokoju, na dworzu prawie ciemno, mniemam daleko od domu, wiem, że tu w pobliżu jest Justin. Chyba trochę się boję. Co jeśli coś mi zrobi? Wiem,że to głupia myśl, zresztą jestem jego fanką. Normalna Beliebers by chyba skakała ze szczęścia, ale ja po prostu odczuwałam strach. Byłam bezsilna. Nie wiem nawet czy będę miała siłę wstać. Może jednak spróbuję... "Tak! Udało mi się!" pomyślałam. Udało mi się lekko podnieść i odkryć kołdrę.
W normalnej chwili bym kogoś zawołała, ale teraz to ja nawet nie wiem gdzie jestem i czy ktoś tu jest. Powoli zwlokłam się z łóżka, zrobiłam jeden mały krok, strasznie bolało. Zauważyłam na podłodze walizkę, czyli jednak o ciuchy nie muszę się martwić. Uklękłam przy walizce, otworzyłam ją i wybrałam jakieś ciuchy. Musiałam się odświeżyć,jak mniemam wyglądałam tragicznie.Najgorsze było to,że nie wiedziałam jak się ubrać i co mnie czeka. Bałam się co to za niespodzianka. Przygotowałam szare legginsy i długą, czarną tunikę. Musiałam czuć się jednak luźnie. Podreptałam do toalety, łapiąc się po drodze przedmiotów. Potrzebowałam podpórki. Wiem! Potrzebowałabym kule! Chciałabym poprosić Justina, ale zaraz jeszcze by mnie wyśmiał czy co. Zresztą tak jakoś głupio. Weszłam do kabiny prysznicowej i od razu poczułam się lepiej. Gorące krople wody oblewały moje obolałe ciało. Poczułam ulgę, kto by pomyślał, że mogę już chociaż chodzić, ledwo ale coś. Umyłam włosy oliwkowym szamponem. Wysuszyłam włosy i założyłam przygotowane ciuchy, na nogi założyłam baleriny, wydawały mi się wygodne, popsikałam się trochę perfumem. Miałam wrażenie jakbym poczuła jakieś zapachy. Dochodziły z poza pokoju, powoli doszłam do drzwi i je otworzyłam, poczułam jedzenie, najdokładniej spaghetti. Mmm... moje ulubione danie. Po cichutku, podpierając się schodziłam po schodach. Nie wierzyłam w to co widzę, wszędzie były porozstawiane różowe świece w kształcie serc. Nagle ktoś objął mnie w pasie. Serce zamarło.
- O mój boże! - krzyknęłam. Odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętego Justina.
- Nie strasz mnie tak więcej. - zaśmiałam się.
- Nie miałem zamiaru cię przestraszyć. - uśmiechnął się.
Nagle wręczył mi wielki bukiet czerwonych róż. Pachniały cudnie.
- Ehem, są piękne, Justin! Dziękuję, jesteś cudownym chłopakiem. Mógłbyś włożyć je do wazonu? - uśmiechnęłam się.
- Em, jasne. - wziął ode mnie kwiaty i odszedł na chwilę. Dopiero teraz zauważyłam skąd dobiegały zapachy. Na stole leżało pełno świec, spaghetti oraz wino w butelce. Zamarłam , do tego w moim brzuchu zaburczało. Byłam straasznie głodna, nie jadłam od dwóch dni. Podeszłam trochę bliżej, nadal nie dowierzając.
- To wszystko dla mnie? - spytałam Justina, który właśnie położył wazon na stole.
- No tak - uśmiechnął się.
- Zgodziłabyś się zjeść ze mną kolację? - spytał.
- Oczywiście, że tak! Zjadłabym konia z kopytami! - zaśmiałam się. Chłopak też. Widać,że się postarał. Po prostu przestałam się go bać, wiedziałam, że nie zrobi mi krzywdy.
- Niestety mam tylko spaghetti, no ale jak sobie życzysz, może być i koń... - zaśmiał się wyciągając telefon.
- Nie, nie! Żartowałam!- razem wybuchnęliśmy śmiechem. Przy Justinie czułam się taka wyluzowana. To dziwne. Zasiadliśmy do stołu. Wziełam do ręki sztućce i zaczęłam jeść.
- Mmm... pycha - skomentowałam potrawę.
- Sam robiłeś? - zapytałam z uśmiechem.
- Sam. - odparł Justin, zajmując się jedzeniem.
- Tak przy okazji, pięknie dziś wyglądasz- uśmiechnął się zadziorne.
-Dziękuję. A tak właściwie to... ja chciałam spytać gdzie się w ogóle znajduje?- spytałam.
- Jesteśmy w willi nad jeziorem, która kupiłem, by spędzać w niej wakacje.
- Hm... a co to ma wspólnego ze mną, zresztą wydaje mi się,że jest połowa maja? - uśmiechnęłam się.
- Ah, no bo wiesz chciałem spędzić z tobą weekend, we dwoje- uśmiechnął się.
- aha, zawstydziłeś mnie - zarumieniłam się.
- Nie martw się, to była ta niespodzianka.
Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Zacznie mi "na niby" odwalać.
-OMG. Nie wierze , przede mną siedzi JUSTIN BIEBER! AAAAAAAAAA! - zaczęłam się drzeć.
- MOGĘ ZROBIĆ SOBIE Z TOBĄ ZDJĘCIE?! KOCHAM CIĘ!- darłam się w niebogłosy. Dziwne , że moje gardło jest takie silne. Justin tylko zaczął się śmiać, ja też.
- Sorka, mam późną jaźń. Nie gniewasz się? Już mi przeszło - zaśmiałam się.
- Nie no co ty, to normalka - zaśmiałam się razem z nim.
-Chodź, pooglądamy jakiś film? - spytał wstając od stołu i podając mi rękę.
- Uhm, okej , tylko nic strasznego, potem mam koszmary - zerknęłam na niego. Wiedziałam, że coś szykuje.
- Ehm, to nie będzie nic strasznego - zaśmiał się cicho pod nosem.
- No to chodź- pociągnął mnie za rękę i zaprowadził do salonu. Usiadłam na kanapie. Justin włączył film i poszedł po coś do picia. Po chwili wrócił z sokiem i popcornem. Podał mi sok i usiadł obok mnie.
- Miłego seansu - uśmiechnął się i objął mnie ramieniem.
- Em, dzięki. Mam się bać? - spytałam.
- Może trochę, to tylko horror. - wtulił mnie w siebie.
- Justin, mówiłam ci że będę mieć koszmary.
- Nic się nie bój, jesteś tu ze mną- uśmiechnął się.
- No ok,ok. - przewróciłam teatralnie oczami.
- Ale jak dostanę zawału, to ty wieziesz mnie do szpitala, a dopiero co z niego wróciłam. - zaśmiałam się. Chłopak chyba się wystraszył bo przytulił mnie jeszcze mocniej. Film się zaczął. Jak się okazało była to Piła 4. Masakra, gościu z piłą latał po lesie itd. Trzęsłam się ze strachu, w połowie filmu nie wytrzymałam i poprosiłam Jusa żeby go wyłączył. Zrobił to bez wahania.
- Nie masz nic przeciwko temu bym poszła już do pokoju, hm? - uśmiechnęłam się.
- Nie, zaraz cię zaprowadzę.- wziął mnie za rękę i powoli poszliśmy.
Wejście po schodach było trudniejsze niż myślałam, nie mogłam zbytnio się podeprzeć. Na szczęście był ze mną Justin, wziął mnie na ręce i wniósł na górę.
Był silny i dobrze zbudowany. Dopiero teraz miałam okazje mu się przyjrzeć z bliska.
- Justin, czy byłaby możliwość załatwienia kuli dla mnie? Byłoby mi o wiele łatwiej - spytałam z zaskoczenia.
- Jasne , zobaczę co da się zrobić- odprowadził mnie do pokoju i pocałował w policzek na dobranoc.
- Dobranoc, jeszcze raz ci dziękuję- szepnęłam i weszłam do pokoju.
Umyłam się i ubrałam w piżamę. Położyłam się do łóżka. Długo nie mogłam zasnąć. Leżałam chyba z pół godziny aż w końcu zasnęłam.
---------------------------------------------------
He, jestem już wycieńczona i rozdział wyszedł do dupy, także sorka za to.
Jest długi i się cieszę. Jak Wam mija nowy rok? Bo mi nawet dobrze:)
Następny rozdział= 8 komentarzy
xoxox
Jestem bardzo zadowolony, mój pomysł na razie idzie zgodnie z planem, Sam
na szczęście nie protestuje. Cały plan polega na tym, że spędzę z Sam cały weekend, w pięknym domku nad jeziorem. To taki prezent, przeprosinowy.
Jej rodzicie o wszystkim wiedzą, byłem wcześniej w jej domu po jej rzeczy. Odbyło się bez problemu, bo zastałem spakowaną walizkę, najwidoczniej to zasługa jej matki. Wszystko miałem dokładnie zaplanowane. Miejsce, do którego zmierzaliśmy znajdowało się 40km od miasta. Mniej więcej godzina drogi.
Była godzina 15, wyszedłem z domu Sam i zamówiłem limuzynę, nie przepadam za nimi, ale chciałem zrobić dobre wrażenie. Czekałem chwilę, aż w końcu przyjechała. Szofer zapakował zręcznie walizki do bagażnika. Wsiadłem
do tyłu i podałem mu adres szpitala. Dojechaliśmy po 5 minutach, Sam "czekała" już pod szpitalem. Chyba płakała. Nie mogłem na to pozwolić, nie nawidziłem gdy dziewczyny płaczą, wtedy mi też było smutno.Wyszedłem z auta i wręczyłem jej kwiaty. Ona tylko spojrzała na mnie zaskoczona. Pocałowałem ja w policzek, wziąłem na ręce i wsadziłem do samochodu.
Sam była przestraszona to widać, jednak nie protestowała zbytnio. Spodziewałem się dziwnej reakcji, nie ot tak wsadza się damy do samochodu, bez zapowiedzenia. Wsadziłem jej wózek inwalidzki do bagażnika i również wsiadłem do samochodu. Dziewczyna dłuższy czas mi się przyglądała,ja się tylko głupio uśmiechałem.
- ekhem, Justin, mam pytanie , gdzie ty mnie wieziesz? - spytała dosyć cicho. Spojrzałem na nią i uśmiechnąłem się tajemniczo.
- Mam zadzwonić po policję ? - zaśmiała się lekko. Zaśmiałem się również.
- Nie, to tylko niespodzianka zobaczysz.Nie zrobię ci krzywdy, twoi rodzice o wszystkim wiedzą, to taki jakby prezent ode mnie. Jak chcesz to możesz trochę pospać. Jeszcze długa droga przed nami.- uśmiechnąłem się przyjaznie.
- Justin , do cholery gdzie ty mnie wieziesz?! -zaśmiała się.
-Zobaczysz, a teraz się zdrzemnij. - uśmiechnąłem się i wskazałem na ramie, żeby mogła się oprzeć. Dziewczyna skusiła się na moją propozycję i już po chwili słodko spała. Wkrótce dojechaliśmy. Osunąłem lekko głowę dziewczyny, tak aby jej nie obudzić. Udało mi się, wyszedłem z samochodu i otworzyłem bagażnik, szofer wyjął walizki i zaniósł je do domku. Wziąłem Sam na ręce, przerzuciłem ją przez ramię i powoli szedłem ku domu. Dom był ogromny,
miał kuchnię, ogromny salon, 5 pokoi i 4 łazienki. Zaniosłem Sam do sypialni, położyłem na łóżku i zdjąłem jej buty z nóg. Przykryłem ją kołdrą, ja sam jednak zszedłem na dół po walizki, by zanieść je do pokoju. Postanowiłem zrobić coś na kolację, dochodziła 18, a planowałem spędzić ten czas romantycznie. Zamówiłem róże, miały przyjechać za pół godziny. Zabrałem się za robienie potrawy, planowałem zrobić spaghetti, mmm... włoska kuchnia.
Wyjąłem garnki i wrzuciłem makaron do wody. W trakcie sporządziłem pomidorowy sos i wszystko było ok. Posypałem lekko przyprawą i postawiłem na stole, zapaliłem świeczki w kształcie serduszek i włączyłem cicho muzykę.
Teraz musiałem tylko poczekać na kwiaty i obudzić Sam. Przyznam, trochę się denerwowałem.
*oczami Sam*
Obudziłam się w jakimś pokoju, prawie nic kojarzyłam. Po chwili przypomniałam sobie fakty. Szpital, kwiaty, Justin, niespodzianka...
A teraz leżę tu, w jakimś pokoju, na dworzu prawie ciemno, mniemam daleko od domu, wiem, że tu w pobliżu jest Justin. Chyba trochę się boję. Co jeśli coś mi zrobi? Wiem,że to głupia myśl, zresztą jestem jego fanką. Normalna Beliebers by chyba skakała ze szczęścia, ale ja po prostu odczuwałam strach. Byłam bezsilna. Nie wiem nawet czy będę miała siłę wstać. Może jednak spróbuję... "Tak! Udało mi się!" pomyślałam. Udało mi się lekko podnieść i odkryć kołdrę.
W normalnej chwili bym kogoś zawołała, ale teraz to ja nawet nie wiem gdzie jestem i czy ktoś tu jest. Powoli zwlokłam się z łóżka, zrobiłam jeden mały krok, strasznie bolało. Zauważyłam na podłodze walizkę, czyli jednak o ciuchy nie muszę się martwić. Uklękłam przy walizce, otworzyłam ją i wybrałam jakieś ciuchy. Musiałam się odświeżyć,jak mniemam wyglądałam tragicznie.Najgorsze było to,że nie wiedziałam jak się ubrać i co mnie czeka. Bałam się co to za niespodzianka. Przygotowałam szare legginsy i długą, czarną tunikę. Musiałam czuć się jednak luźnie. Podreptałam do toalety, łapiąc się po drodze przedmiotów. Potrzebowałam podpórki. Wiem! Potrzebowałabym kule! Chciałabym poprosić Justina, ale zaraz jeszcze by mnie wyśmiał czy co. Zresztą tak jakoś głupio. Weszłam do kabiny prysznicowej i od razu poczułam się lepiej. Gorące krople wody oblewały moje obolałe ciało. Poczułam ulgę, kto by pomyślał, że mogę już chociaż chodzić, ledwo ale coś. Umyłam włosy oliwkowym szamponem. Wysuszyłam włosy i założyłam przygotowane ciuchy, na nogi założyłam baleriny, wydawały mi się wygodne, popsikałam się trochę perfumem. Miałam wrażenie jakbym poczuła jakieś zapachy. Dochodziły z poza pokoju, powoli doszłam do drzwi i je otworzyłam, poczułam jedzenie, najdokładniej spaghetti. Mmm... moje ulubione danie. Po cichutku, podpierając się schodziłam po schodach. Nie wierzyłam w to co widzę, wszędzie były porozstawiane różowe świece w kształcie serc. Nagle ktoś objął mnie w pasie. Serce zamarło.
- O mój boże! - krzyknęłam. Odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętego Justina.
- Nie strasz mnie tak więcej. - zaśmiałam się.
- Nie miałem zamiaru cię przestraszyć. - uśmiechnął się.
Nagle wręczył mi wielki bukiet czerwonych róż. Pachniały cudnie.
- Ehem, są piękne, Justin! Dziękuję, jesteś cudownym chłopakiem. Mógłbyś włożyć je do wazonu? - uśmiechnęłam się.
- Em, jasne. - wziął ode mnie kwiaty i odszedł na chwilę. Dopiero teraz zauważyłam skąd dobiegały zapachy. Na stole leżało pełno świec, spaghetti oraz wino w butelce. Zamarłam , do tego w moim brzuchu zaburczało. Byłam straasznie głodna, nie jadłam od dwóch dni. Podeszłam trochę bliżej, nadal nie dowierzając.
- To wszystko dla mnie? - spytałam Justina, który właśnie położył wazon na stole.
- No tak - uśmiechnął się.
- Zgodziłabyś się zjeść ze mną kolację? - spytał.
- Oczywiście, że tak! Zjadłabym konia z kopytami! - zaśmiałam się. Chłopak też. Widać,że się postarał. Po prostu przestałam się go bać, wiedziałam, że nie zrobi mi krzywdy.
- Niestety mam tylko spaghetti, no ale jak sobie życzysz, może być i koń... - zaśmiał się wyciągając telefon.
- Nie, nie! Żartowałam!- razem wybuchnęliśmy śmiechem. Przy Justinie czułam się taka wyluzowana. To dziwne. Zasiadliśmy do stołu. Wziełam do ręki sztućce i zaczęłam jeść.
- Mmm... pycha - skomentowałam potrawę.
- Sam robiłeś? - zapytałam z uśmiechem.
- Sam. - odparł Justin, zajmując się jedzeniem.
- Tak przy okazji, pięknie dziś wyglądasz- uśmiechnął się zadziorne.
-Dziękuję. A tak właściwie to... ja chciałam spytać gdzie się w ogóle znajduje?- spytałam.
- Jesteśmy w willi nad jeziorem, która kupiłem, by spędzać w niej wakacje.
- Hm... a co to ma wspólnego ze mną, zresztą wydaje mi się,że jest połowa maja? - uśmiechnęłam się.
- Ah, no bo wiesz chciałem spędzić z tobą weekend, we dwoje- uśmiechnął się.
- aha, zawstydziłeś mnie - zarumieniłam się.
- Nie martw się, to była ta niespodzianka.
Nagle wpadł mi do głowy pomysł. Zacznie mi "na niby" odwalać.
-OMG. Nie wierze , przede mną siedzi JUSTIN BIEBER! AAAAAAAAAA! - zaczęłam się drzeć.
- MOGĘ ZROBIĆ SOBIE Z TOBĄ ZDJĘCIE?! KOCHAM CIĘ!- darłam się w niebogłosy. Dziwne , że moje gardło jest takie silne. Justin tylko zaczął się śmiać, ja też.
- Sorka, mam późną jaźń. Nie gniewasz się? Już mi przeszło - zaśmiałam się.
- Nie no co ty, to normalka - zaśmiałam się razem z nim.
-Chodź, pooglądamy jakiś film? - spytał wstając od stołu i podając mi rękę.
- Uhm, okej , tylko nic strasznego, potem mam koszmary - zerknęłam na niego. Wiedziałam, że coś szykuje.
- Ehm, to nie będzie nic strasznego - zaśmiał się cicho pod nosem.
- No to chodź- pociągnął mnie za rękę i zaprowadził do salonu. Usiadłam na kanapie. Justin włączył film i poszedł po coś do picia. Po chwili wrócił z sokiem i popcornem. Podał mi sok i usiadł obok mnie.
- Miłego seansu - uśmiechnął się i objął mnie ramieniem.
- Em, dzięki. Mam się bać? - spytałam.
- Może trochę, to tylko horror. - wtulił mnie w siebie.
- Justin, mówiłam ci że będę mieć koszmary.
- Nic się nie bój, jesteś tu ze mną- uśmiechnął się.
- No ok,ok. - przewróciłam teatralnie oczami.
- Ale jak dostanę zawału, to ty wieziesz mnie do szpitala, a dopiero co z niego wróciłam. - zaśmiałam się. Chłopak chyba się wystraszył bo przytulił mnie jeszcze mocniej. Film się zaczął. Jak się okazało była to Piła 4. Masakra, gościu z piłą latał po lesie itd. Trzęsłam się ze strachu, w połowie filmu nie wytrzymałam i poprosiłam Jusa żeby go wyłączył. Zrobił to bez wahania.
- Nie masz nic przeciwko temu bym poszła już do pokoju, hm? - uśmiechnęłam się.
- Nie, zaraz cię zaprowadzę.- wziął mnie za rękę i powoli poszliśmy.
Wejście po schodach było trudniejsze niż myślałam, nie mogłam zbytnio się podeprzeć. Na szczęście był ze mną Justin, wziął mnie na ręce i wniósł na górę.
Był silny i dobrze zbudowany. Dopiero teraz miałam okazje mu się przyjrzeć z bliska.
- Justin, czy byłaby możliwość załatwienia kuli dla mnie? Byłoby mi o wiele łatwiej - spytałam z zaskoczenia.
- Jasne , zobaczę co da się zrobić- odprowadził mnie do pokoju i pocałował w policzek na dobranoc.
- Dobranoc, jeszcze raz ci dziękuję- szepnęłam i weszłam do pokoju.
Umyłam się i ubrałam w piżamę. Położyłam się do łóżka. Długo nie mogłam zasnąć. Leżałam chyba z pół godziny aż w końcu zasnęłam.
---------------------------------------------------
He, jestem już wycieńczona i rozdział wyszedł do dupy, także sorka za to.
Jest długi i się cieszę. Jak Wam mija nowy rok? Bo mi nawet dobrze:)
Następny rozdział= 8 komentarzy
xoxox
wtorek, 1 stycznia 2013
Rozdział. 4
*oczami Sam*
No ładnie, poprosiłam Margaret by poszła po Justina. Widziałam tylko jak chwilę z nim rozmawiała a on sobie poszedł. Trudno. Margaret opowiedziała mi ich rozmowę. A więc to przez niego ten cały wypadek, myślę sobie. Włączyłam telefon i zaczęłam grac w jakąś nudną gierkę. Po chwili przyszedł lekarz, powiedział, że już dzisiaj po południu mogę wychodzić do domu. Hurray! Zadzwoniłam do mamy. Odebrała po paru sygnałach.
- Hej curuś.
- Cześć mamo, jak tam ręka? - spytałam szeptem, ledwo mogłam mówic , lecz głos wracał mi już do zdrowia.
- Ah, już dobrze, a jak tam twoje zdrowie?
- Eh, czuję się lepiej, myślę że nawet dobrze. Wiesz, że wychodzę dzisiaj po południu? Czy tato mógłby przywieźć mi rzeczy? - zapytałam uradowana myślą, że już dzisiaj opuszczę szpital.
- ok. ja już muszę kończyć. pa pa. - rozłączyła się.
Nie wiem kiedy, zapadłam w drzemkę, Margaret przykryła mnie kocem.
*oczami Justina*
Wyszedłem przed szpital, dalej walczyłem z moimi myślami, tego było już za dużo. Ta sprawa z Sel i ten wypadek. Po prostu masakra. Wsiadłem do samochodu i wybrałem nr telefonu. Musiałem zadzwonić do Alfredo i się go poradzić, do tego miałem nadzieję że mnie trochę pocieszy. Umówiłem się z nim w kawiarni obok hotelu, za 30 minut. W sam raz, mam jeszcze czas aby przemyśleć, jaki prezent przeprosinowy kupić, lub dać Sam. Było mi jej żal.
Włączyłem głośniki na fula i wsłuchiwałem się w ostre brzmienia rocka. Tak, muzyka, tego mi było trzeba. Dojechałem na miejsce, wyszedłem z samochodu,
o nie, zaczął padać deszcz. Wszedłem do kawiarenki i zająłem miejsce w kącie. Byłem pierwszy. Wpatrywałem się w strugi spływającego po szybach deszczu.
Uspokoiłem się trochę. O, wreszcie przyjechał Alfredo. Uwielbiam go, jest moim najlepszym przyjacielem, zawsze potrafi doradzić, przytulić i rozśmieszyć. Przybiliśmy żółwika i misia. Usiadliśmy do stolika. Zamówiliśmy sobie po kawie. Zacząłem mu opowiadać o wszystkim: o wywiadzie, o Selenie, o wypadku, o Sam, o tym , że nie wiem jaki prezent jej dać. Miałem straszny mętlik w głowie, ale poczułem ulgę, że wszystko to z siebie wyrzuciłem.
Alfredo wysłuchał mnie uważnie, zastanowił się chwilę i powiedział.
- O Selene się nie martw, widocznie nie była ciebie warta. A co do tej Sam, to radzę Ci się postarać i ja już mam plan - uśmiechnął się i mnie przytulił.
Walnął jeszcze jakiś kawał i wszystko było ok. Opowiedział mi także ten cały "plan". Był genialny, ale nie zdradzę Wam go teraz.Nie mogłem się go już doczekać, podobno Sam wychodzi dzisiaj ze szpitala. Pożegnałem się z Alfredem i poszedłem do hotelu.
Wziąłem prysznic, ubrałem się. Przeczesałem jeszcze tylko lekko włosy i popsikałem perfumem, byłem gotowy. Wiedziałem, że Sam nie będzie chciała tak od razu mi zaufać itd. Wyszedłem z hotelu, przestało padać. Zaszedłem do pobliskiej kwiaciarni i kupiłem wielki bukiet czerwonych róż. Doczepiłem karteczkę z napisem " Przepraszam". Wsiadłem do samochodu i pojechałem do szpitala.
*oczami Sam*
Przebudziłam się z drzemki. Czułam się o wiele lepiej, Margaret chyba już poszła, bo nie widziałam jej nigdzie. Postanowiłam wstać o własnych siłach i się umyć. Zawołałam pielęgniarkę, by mi jednak pomogła, ponieważ po dwóch podejściach się nie udało. Kobieta przywiozła mi wózek inwalidzki, powiedziała, że tak mi będzie lepiej. Za jej pomocą na niego usiadłam. Zawiozła mnie do łazienki i spytała czy mi nie pomóc przy myciu. Poprosiłam ją, żeby mnie tylko pomogła wstać i że ją przywołam guzikiem gdy skończę się myć by mi pomogła usiąść i wyprowadzić ze szpitala, miał przyjechać po mnie ojciec. Oczywiście, gdy skończy dzisiaj szybciej pracę. Umyłam się, poczułam lekkie orzeźwienie i ulgę, zmyłam z siebie wszelkie rany. Wzdechłam głęboko, wdychając zapach oliwkowego mydła. Wyszłam z prysznica i powoli, o siłach, zaczęłam się ubierać, widocznie pielęgniarka przyniosła tu moją torbę z rzeczami.
Założyłam rurki, jakiś letni t-shirt i bluzę. Na nogi założyłam baleriny.
Podczas ubierani spojrzałam do lustra, miałam pełno siniaków na rękach i nogach, nawet na szyi. Najgorszy w tym wszystkim był ból. Ale cóż, trzeba żyć dalej i nie żyć przeszłością. Zawołałam pielęgniarkę, a ona pomogła mi usiąść.
Spakowałam jeszcze wszystkie swoje rzeczy i pożegnałam się. Kobieta pomogła mi wyjechać ze szpitala. Odprowadziła mnie na chodnik i pożegnała się ze mną, powiedziałam jej, że zaraz ktoś powinien do mnie przyjechać.
Czekałam chyba z 40 minut, zaczęłam się nudzić, w myślach kłębiło mi się dziwne uczucie - czy oni zapomnieli o mnie? W moim oku pojawiła się łza.
Nagle zza rogu wyjechała jakaś wielka czarna limuzyna, nigdy takiej nie widziałam. Zdziwiłam się, że podjechała właśnie pod krawężnik chodnika na którym "siedziałam". Z samochodu wyszedł jakiś chłopak. Nie, to nie był jakiś tam chłopak, to był Justin Bieber. Potem to co się działo, nie mogę nadal w to uwierzyć. Podszedł do mnie wręczył mi bukiet kwiatów, pocałował w policzek, zawiózł mnie pod samochód. Po chwili wziął na ręce, ja protestowałam ale on wsadził mnie do samochodu, z początku trochę się bałam, bo nie od tak zabiera się ludzi z ulicy.Justin co chwilę na mnie patrzał i uśmiechał się. Zauważył chyba, że się boję. Złapał mnie za rękę. Miał ciepłą, wręcz gorącą dłoń.Poczułam to ciepło odrazu i po chwili zrobiło mi się lepiej. Spojrzałam na bukiet. Był piękny. Pachniał cudownie. W pewnym momencie zauważyłam karteczkę doczepioną do łodyżki. To był szok. " Przepraszam" - taki napis widniał na tej karteczce. Zrobiło mi się go żal. Postanowiłam się do niego odezwać. Wiedziałam, że nie mogę nadwyrężać głosu, dlatego zaczęłam cicho.
- ekhem, Justin, mam pytanie , gdzie ty mnie wieziesz? - spytałam szeptem lekko zdenerwowana. Chłopak spojrzał na mnie, uśmiechnął się tylko tajemniczo i nadal nic nie mówił.
- Mam zadzwonić po policję ? - zaśmiałam się lekko. Zaśmiał się również i odpowiedział tylko:
- Nie, to tylko niespodzianka zobaczysz. Jak chcesz to możesz trochę pospać.
Jeszcze długa droga przed nami.- uśmiechnął się tajemniczo.
- Justin , do cholery gdzie ty mnie wieziesz?! - krzyknęłam prawie, z załamaną miną. Widział, że się denerwuję. Zaczęłam się rumienić i pocić, miałam mroczki przed oczami, mdlałam prawie, tak chciało mi się pić. Nie mając wyboru, oparłam głowę o ramię Justina, czułam jego boski zapach. Tak, pociągał mnie.
Po chwili, w rozmyśleniach, nie wiedząc gdzie się obudzę, zasnęłam.
------------------------------------------------------------------------
OMG, nie wiem czy ten rozdział mi wyszedł czy nie, ale jest długi,tak jak prosiliście :) Haha, piszę masakrycznie, wiem i przepraszam za wszystkie błędy językowe, stylistyczne itp. :)
Następny rozdział = minimum 9 komentarzy :)
A tak przy okazji Szczęśliwego Nowego Roku! :) xx
No ładnie, poprosiłam Margaret by poszła po Justina. Widziałam tylko jak chwilę z nim rozmawiała a on sobie poszedł. Trudno. Margaret opowiedziała mi ich rozmowę. A więc to przez niego ten cały wypadek, myślę sobie. Włączyłam telefon i zaczęłam grac w jakąś nudną gierkę. Po chwili przyszedł lekarz, powiedział, że już dzisiaj po południu mogę wychodzić do domu. Hurray! Zadzwoniłam do mamy. Odebrała po paru sygnałach.
- Hej curuś.
- Cześć mamo, jak tam ręka? - spytałam szeptem, ledwo mogłam mówic , lecz głos wracał mi już do zdrowia.
- Ah, już dobrze, a jak tam twoje zdrowie?
- Eh, czuję się lepiej, myślę że nawet dobrze. Wiesz, że wychodzę dzisiaj po południu? Czy tato mógłby przywieźć mi rzeczy? - zapytałam uradowana myślą, że już dzisiaj opuszczę szpital.
- ok. ja już muszę kończyć. pa pa. - rozłączyła się.
Nie wiem kiedy, zapadłam w drzemkę, Margaret przykryła mnie kocem.
*oczami Justina*
Wyszedłem przed szpital, dalej walczyłem z moimi myślami, tego było już za dużo. Ta sprawa z Sel i ten wypadek. Po prostu masakra. Wsiadłem do samochodu i wybrałem nr telefonu. Musiałem zadzwonić do Alfredo i się go poradzić, do tego miałem nadzieję że mnie trochę pocieszy. Umówiłem się z nim w kawiarni obok hotelu, za 30 minut. W sam raz, mam jeszcze czas aby przemyśleć, jaki prezent przeprosinowy kupić, lub dać Sam. Było mi jej żal.
Włączyłem głośniki na fula i wsłuchiwałem się w ostre brzmienia rocka. Tak, muzyka, tego mi było trzeba. Dojechałem na miejsce, wyszedłem z samochodu,
o nie, zaczął padać deszcz. Wszedłem do kawiarenki i zająłem miejsce w kącie. Byłem pierwszy. Wpatrywałem się w strugi spływającego po szybach deszczu.
Uspokoiłem się trochę. O, wreszcie przyjechał Alfredo. Uwielbiam go, jest moim najlepszym przyjacielem, zawsze potrafi doradzić, przytulić i rozśmieszyć. Przybiliśmy żółwika i misia. Usiadliśmy do stolika. Zamówiliśmy sobie po kawie. Zacząłem mu opowiadać o wszystkim: o wywiadzie, o Selenie, o wypadku, o Sam, o tym , że nie wiem jaki prezent jej dać. Miałem straszny mętlik w głowie, ale poczułem ulgę, że wszystko to z siebie wyrzuciłem.
Alfredo wysłuchał mnie uważnie, zastanowił się chwilę i powiedział.
- O Selene się nie martw, widocznie nie była ciebie warta. A co do tej Sam, to radzę Ci się postarać i ja już mam plan - uśmiechnął się i mnie przytulił.
Walnął jeszcze jakiś kawał i wszystko było ok. Opowiedział mi także ten cały "plan". Był genialny, ale nie zdradzę Wam go teraz.Nie mogłem się go już doczekać, podobno Sam wychodzi dzisiaj ze szpitala. Pożegnałem się z Alfredem i poszedłem do hotelu.
Wziąłem prysznic, ubrałem się. Przeczesałem jeszcze tylko lekko włosy i popsikałem perfumem, byłem gotowy. Wiedziałem, że Sam nie będzie chciała tak od razu mi zaufać itd. Wyszedłem z hotelu, przestało padać. Zaszedłem do pobliskiej kwiaciarni i kupiłem wielki bukiet czerwonych róż. Doczepiłem karteczkę z napisem " Przepraszam". Wsiadłem do samochodu i pojechałem do szpitala.
*oczami Sam*
Przebudziłam się z drzemki. Czułam się o wiele lepiej, Margaret chyba już poszła, bo nie widziałam jej nigdzie. Postanowiłam wstać o własnych siłach i się umyć. Zawołałam pielęgniarkę, by mi jednak pomogła, ponieważ po dwóch podejściach się nie udało. Kobieta przywiozła mi wózek inwalidzki, powiedziała, że tak mi będzie lepiej. Za jej pomocą na niego usiadłam. Zawiozła mnie do łazienki i spytała czy mi nie pomóc przy myciu. Poprosiłam ją, żeby mnie tylko pomogła wstać i że ją przywołam guzikiem gdy skończę się myć by mi pomogła usiąść i wyprowadzić ze szpitala, miał przyjechać po mnie ojciec. Oczywiście, gdy skończy dzisiaj szybciej pracę. Umyłam się, poczułam lekkie orzeźwienie i ulgę, zmyłam z siebie wszelkie rany. Wzdechłam głęboko, wdychając zapach oliwkowego mydła. Wyszłam z prysznica i powoli, o siłach, zaczęłam się ubierać, widocznie pielęgniarka przyniosła tu moją torbę z rzeczami.
Założyłam rurki, jakiś letni t-shirt i bluzę. Na nogi założyłam baleriny.
Podczas ubierani spojrzałam do lustra, miałam pełno siniaków na rękach i nogach, nawet na szyi. Najgorszy w tym wszystkim był ból. Ale cóż, trzeba żyć dalej i nie żyć przeszłością. Zawołałam pielęgniarkę, a ona pomogła mi usiąść.
Spakowałam jeszcze wszystkie swoje rzeczy i pożegnałam się. Kobieta pomogła mi wyjechać ze szpitala. Odprowadziła mnie na chodnik i pożegnała się ze mną, powiedziałam jej, że zaraz ktoś powinien do mnie przyjechać.
Czekałam chyba z 40 minut, zaczęłam się nudzić, w myślach kłębiło mi się dziwne uczucie - czy oni zapomnieli o mnie? W moim oku pojawiła się łza.
Nagle zza rogu wyjechała jakaś wielka czarna limuzyna, nigdy takiej nie widziałam. Zdziwiłam się, że podjechała właśnie pod krawężnik chodnika na którym "siedziałam". Z samochodu wyszedł jakiś chłopak. Nie, to nie był jakiś tam chłopak, to był Justin Bieber. Potem to co się działo, nie mogę nadal w to uwierzyć. Podszedł do mnie wręczył mi bukiet kwiatów, pocałował w policzek, zawiózł mnie pod samochód. Po chwili wziął na ręce, ja protestowałam ale on wsadził mnie do samochodu, z początku trochę się bałam, bo nie od tak zabiera się ludzi z ulicy.Justin co chwilę na mnie patrzał i uśmiechał się. Zauważył chyba, że się boję. Złapał mnie za rękę. Miał ciepłą, wręcz gorącą dłoń.Poczułam to ciepło odrazu i po chwili zrobiło mi się lepiej. Spojrzałam na bukiet. Był piękny. Pachniał cudownie. W pewnym momencie zauważyłam karteczkę doczepioną do łodyżki. To był szok. " Przepraszam" - taki napis widniał na tej karteczce. Zrobiło mi się go żal. Postanowiłam się do niego odezwać. Wiedziałam, że nie mogę nadwyrężać głosu, dlatego zaczęłam cicho.
- ekhem, Justin, mam pytanie , gdzie ty mnie wieziesz? - spytałam szeptem lekko zdenerwowana. Chłopak spojrzał na mnie, uśmiechnął się tylko tajemniczo i nadal nic nie mówił.
- Mam zadzwonić po policję ? - zaśmiałam się lekko. Zaśmiał się również i odpowiedział tylko:
- Nie, to tylko niespodzianka zobaczysz. Jak chcesz to możesz trochę pospać.
Jeszcze długa droga przed nami.- uśmiechnął się tajemniczo.
- Justin , do cholery gdzie ty mnie wieziesz?! - krzyknęłam prawie, z załamaną miną. Widział, że się denerwuję. Zaczęłam się rumienić i pocić, miałam mroczki przed oczami, mdlałam prawie, tak chciało mi się pić. Nie mając wyboru, oparłam głowę o ramię Justina, czułam jego boski zapach. Tak, pociągał mnie.
Po chwili, w rozmyśleniach, nie wiedząc gdzie się obudzę, zasnęłam.
------------------------------------------------------------------------
OMG, nie wiem czy ten rozdział mi wyszedł czy nie, ale jest długi,tak jak prosiliście :) Haha, piszę masakrycznie, wiem i przepraszam za wszystkie błędy językowe, stylistyczne itp. :)
Następny rozdział = minimum 9 komentarzy :)
A tak przy okazji Szczęśliwego Nowego Roku! :) xx
środa, 26 grudnia 2012
Rozdział. 3
*Oczami Justina*
Obudziłem się rano. Miałem przed sobą peełno pracy - jakiś wywiadzik i spotkanie z fanami. Eee, nie jest tak źle. Jakoś to przeżyję.
Wstałem i poszedłem do łazienki, umyłem się i ubrałem.
Wyjrzałem przez okno, była piękna , majowa pogoda. Zszedłem na dół i skierowałem się w stronę pobliskiej kawiarni. Zamówiłem sobie rogalika i go zjadłem, popijąc kawą. Po śniadaniu przyjechał po mnie Kenny i jechaliśmy do studia, w którym miał się odbyć wywiad. Kenny zaprowadził mnie do garderoby. Była dosyć duża, miałem godzinę do wywiadu, więc zacząłem się szykować.
Założyłem granatowo- czarna skórzana kurtkę i czarne skórzane spodnie, na nogi czarne supry. Przeczesałem włosy żelem i ustawiłem je. Byłem już gotowy.
Ktoś zawołał mnie, więc wyszedłem z garderoby. Zostało mi 5 minut do wejścia na antenę.
5..4..3..2..1
- Wchodzimy! - krzyknął ktoś. Ja zająłem wyznaczone miejsce, za chwilę dołączyła do mnie prezenterka. Zadała parę pytań dotyczących fanów, nagrywania płyty itp. Ale nagle na telebimach pokazało się to zdj. i pare innych. Nie powiem zagotowało się we mnie.
- Czy ty i Selena Gomez, jesteście jeszcze razem? Widać, że gwiazda zastąpiła cię kimś innym. - spytała prezenterka.
- yyy... - zawstydziłem się, nie wiedziałem co powiedzieć.
- to nieistotne. - dodałem.
Byłem wściekły, moja kochana osoba mnie zdradza, a ja dopiero teraz się o tym dowiaduję, wyszedłem na kompletnego idiotę, i to przed tysiącami widzów. Skończył się wywiad, pożegnałem się z fanami, wróciłem do garderoby.
Walnąłem się na kanapę, nie wiedziałem co o tym myśleć. Jak ona mogła?
Wybrałem jej numer telefonu. Po czterech sygnałach dodzwoniłem się.
- Halo? - spytała słodziutkim głosikiem.
- Halo, jak ty mogłaś, pod moją nieobecność już zastąpiłaś mnie kimś innym?
Z nami koniec! I nie dzwoń do mnie więcej! - wydarłem się do słuchawki.
- Ale... - nie skończyła, bo rozłączyłem się i rzuciłem telefonem o ścianę.
Byłem załamany i wściekły, przebrałem się szybko, wyszedłem z garderoby i wsiadłem do samochodu, jechałem dosyć szybko. Nagle zobaczyłem przed sobą samochód, próbowałem zahamować, lecz niestety mi się to nie udało...
Obudziłem się w szpitalu, nic nie pamiętałem. Widziałem przed oczami tylko samochód. Powoli się podniosłem, miałem tylko pare zadrapań i siniaków.
Czułem się ok. Przyszedł do mnie lekarz.
- I jak tam zdrówko? - uśmiechnął się do mnie.
- dobrze, chyba lepiej niż było, w ogóle co się stało? - spytałem cieakwy.
- miałeś wypadek samochodowy , ty ucierpiałeś najmniej, ale jedna dziewczyna walczy o życie, a jej matka ma tylko złamaną rękę i pęknięte żebra.
- o boże, i to wszystko moja wina? - załamałem się.
- niestety tak, ale proszę się nie martwić, uratujemy ją. - zapewniał lekarz.
- bardzo panu dziekuję, czy mogę odwiedzić tą dziewczynę? - spytałem.
- tak, ale tylko na chwilę. - wstałem i zaprowadził mnie do sali obok.
W sali leżała dziewczyna, chyba w moim wieku. Nie powiem, była ładna i słodka wygląda kiedy śpi. Dobra! Justin ogarnij się, przez ciebie tu leży!
Podszedłem do jej łóżka i usiadłem na krześle obok niej. Nie ruszała się, wszędzie były podłączone kabelki i inne rurki z kroplówką. Załamałem się, a w oczach pojawiły mi się łzy. A co jeśli ona nie przeżyje?! To moja wina, moja wina. Za chwilę przyszedł doktor, powiedział, żebym wyszedł bo zabierają ją na jakąś poważna operację. Wyszedłem na korytarz, usiadłem na ławce i schowałem twarz w dłoniach. Rozpłakałem się, i zacząłem się modlić do Boga.
Po jakichś 2 godzinach przyszedł doktor i poinformował mnie, że operacja się udała. Ucieszyłem się i spytałem , czy mogę odwiedzić tą dziewczynę.
- A, i przy okazji nazywa się Samanta. - uprzedził mnie doktor.
Podziękowałem mu jeszcze raz i poszedłem do sali, gdzie leżała dziewczyna o imieniu Samanta. Wzruszyłem się, była cała w bandażach. Usiadłem na krześle obok łóżka i wziąłem jej dłoń do mojej, głaszcząc ją.
*oczami Sam*
Otworzyłam lekko oczy, byłam w jakiejś wielkiej sali, w niebie?Nie. Niestety nie było to niebo. A po tym całym bólu co przeszłam w trakcie wypadku, chciałabym umrzeć. W dodatku coś mi nie pasowało, cały czas trzymał mnie ktoś za rękę i głaskał ją. Otworzyłam oczy nieco bardziej i lekko odchyliłam
głowę. Chłopak spojrzał na mnie i od razu się uśmiechnął. Zawołał kogoś, chyba doktora. Super! doktora mi było trzeba. Przyszedł i zaczął mi świecić lampką w oczy, zajebiście. Co, ja jakąś wariatką jestem czy co?! Nie mogłam niestety jeszcze mówić, to chyba przez szok. Lekarz zbadał mnie i pobrał krew do badań. Po jakiejś pół godzinie dał mi wreszcie spokój, powiedział żebym dużo odpoczywała. Wzięłam telefon do ręki i napisałam sms do przyjaciółki o tym co się stało i gdzie jestem. Spytałam się także o mamę, czy coś jej się stało. Na szczęście ma tylko złamaną rekę i lekko pęknięte żebra. Uff...
Margaret przyjechała do mnie po kwadransie, z moimi rzeczami , jedzeniem itp.
Przytuliła mnie i dała buziaka w policzek. Powiedziała, że wieczorem przyjadą do mnie rodzice. Uśmiechnęłam się lekko. Za szybą od sali, zauważyłam siedzącego, załamanego Justina. CO? Widziałam przed sobą JUSTINA BIEBERA?! Dopiero teraz zaczęłam kontaktować, to on tu wtedy siedział i głaskał moją rękę. Uśmiechnęłam, napisałam Margaret na kartce, żeby go tu zawołała.
*oczami Jusa*
Z sali wyszła jakaś dziewczyna, domyślam się że siostra lub przyjaciółka Sam.
Podeszła do mnie, usiadła obok mnie i zaczęliśmy rozmawiać.
- Hej, to ty jesteś Justin Bieber?
- Cześć, tak to ja.
- a mogę wiedzieć co tutaj robisz?
- no bo wiesz... no bo , ten tego... ja też brałem udział w tym wypadku, właściwie to ten wypadek z mojej winy był... - zaciąłem się.
- Nie martw się, Sam na pewno szybko wróci do zdrowia - pocieszyła mnie.
- mam taką nadzieję. - odparłem.
- Przepraszam cię na chwilę , ale muszę gdzieś zadzwonić. Pożegnałem się i wyszedłem ze szpitala. Wybrałem numer telefonu.
--------------------------------
Heej, rozdział do bani, ale obiecałam Wam dłuższy więc jest :)
Przeczytałeś? = Skomentuj! Z góry dzięki ! :)
Następny rozdział = 8 komentarzy
Zuza, xo .
Obudziłem się rano. Miałem przed sobą peełno pracy - jakiś wywiadzik i spotkanie z fanami. Eee, nie jest tak źle. Jakoś to przeżyję.
Wstałem i poszedłem do łazienki, umyłem się i ubrałem.
Wyjrzałem przez okno, była piękna , majowa pogoda. Zszedłem na dół i skierowałem się w stronę pobliskiej kawiarni. Zamówiłem sobie rogalika i go zjadłem, popijąc kawą. Po śniadaniu przyjechał po mnie Kenny i jechaliśmy do studia, w którym miał się odbyć wywiad. Kenny zaprowadził mnie do garderoby. Była dosyć duża, miałem godzinę do wywiadu, więc zacząłem się szykować.
Założyłem granatowo- czarna skórzana kurtkę i czarne skórzane spodnie, na nogi czarne supry. Przeczesałem włosy żelem i ustawiłem je. Byłem już gotowy.
Ktoś zawołał mnie, więc wyszedłem z garderoby. Zostało mi 5 minut do wejścia na antenę.
5..4..3..2..1
- Wchodzimy! - krzyknął ktoś. Ja zająłem wyznaczone miejsce, za chwilę dołączyła do mnie prezenterka. Zadała parę pytań dotyczących fanów, nagrywania płyty itp. Ale nagle na telebimach pokazało się to zdj. i pare innych. Nie powiem zagotowało się we mnie.
- Czy ty i Selena Gomez, jesteście jeszcze razem? Widać, że gwiazda zastąpiła cię kimś innym. - spytała prezenterka.
- yyy... - zawstydziłem się, nie wiedziałem co powiedzieć.
- to nieistotne. - dodałem.
Byłem wściekły, moja kochana osoba mnie zdradza, a ja dopiero teraz się o tym dowiaduję, wyszedłem na kompletnego idiotę, i to przed tysiącami widzów. Skończył się wywiad, pożegnałem się z fanami, wróciłem do garderoby.
Walnąłem się na kanapę, nie wiedziałem co o tym myśleć. Jak ona mogła?
Wybrałem jej numer telefonu. Po czterech sygnałach dodzwoniłem się.
- Halo? - spytała słodziutkim głosikiem.
- Halo, jak ty mogłaś, pod moją nieobecność już zastąpiłaś mnie kimś innym?
Z nami koniec! I nie dzwoń do mnie więcej! - wydarłem się do słuchawki.
- Ale... - nie skończyła, bo rozłączyłem się i rzuciłem telefonem o ścianę.
Byłem załamany i wściekły, przebrałem się szybko, wyszedłem z garderoby i wsiadłem do samochodu, jechałem dosyć szybko. Nagle zobaczyłem przed sobą samochód, próbowałem zahamować, lecz niestety mi się to nie udało...
Obudziłem się w szpitalu, nic nie pamiętałem. Widziałem przed oczami tylko samochód. Powoli się podniosłem, miałem tylko pare zadrapań i siniaków.
Czułem się ok. Przyszedł do mnie lekarz.
- I jak tam zdrówko? - uśmiechnął się do mnie.
- dobrze, chyba lepiej niż było, w ogóle co się stało? - spytałem cieakwy.
- miałeś wypadek samochodowy , ty ucierpiałeś najmniej, ale jedna dziewczyna walczy o życie, a jej matka ma tylko złamaną rękę i pęknięte żebra.
- o boże, i to wszystko moja wina? - załamałem się.
- niestety tak, ale proszę się nie martwić, uratujemy ją. - zapewniał lekarz.
- bardzo panu dziekuję, czy mogę odwiedzić tą dziewczynę? - spytałem.
- tak, ale tylko na chwilę. - wstałem i zaprowadził mnie do sali obok.
W sali leżała dziewczyna, chyba w moim wieku. Nie powiem, była ładna i słodka wygląda kiedy śpi. Dobra! Justin ogarnij się, przez ciebie tu leży!
Podszedłem do jej łóżka i usiadłem na krześle obok niej. Nie ruszała się, wszędzie były podłączone kabelki i inne rurki z kroplówką. Załamałem się, a w oczach pojawiły mi się łzy. A co jeśli ona nie przeżyje?! To moja wina, moja wina. Za chwilę przyszedł doktor, powiedział, żebym wyszedł bo zabierają ją na jakąś poważna operację. Wyszedłem na korytarz, usiadłem na ławce i schowałem twarz w dłoniach. Rozpłakałem się, i zacząłem się modlić do Boga.
Po jakichś 2 godzinach przyszedł doktor i poinformował mnie, że operacja się udała. Ucieszyłem się i spytałem , czy mogę odwiedzić tą dziewczynę.
- A, i przy okazji nazywa się Samanta. - uprzedził mnie doktor.
Podziękowałem mu jeszcze raz i poszedłem do sali, gdzie leżała dziewczyna o imieniu Samanta. Wzruszyłem się, była cała w bandażach. Usiadłem na krześle obok łóżka i wziąłem jej dłoń do mojej, głaszcząc ją.
*oczami Sam*
Otworzyłam lekko oczy, byłam w jakiejś wielkiej sali, w niebie?Nie. Niestety nie było to niebo. A po tym całym bólu co przeszłam w trakcie wypadku, chciałabym umrzeć. W dodatku coś mi nie pasowało, cały czas trzymał mnie ktoś za rękę i głaskał ją. Otworzyłam oczy nieco bardziej i lekko odchyliłam
głowę. Chłopak spojrzał na mnie i od razu się uśmiechnął. Zawołał kogoś, chyba doktora. Super! doktora mi było trzeba. Przyszedł i zaczął mi świecić lampką w oczy, zajebiście. Co, ja jakąś wariatką jestem czy co?! Nie mogłam niestety jeszcze mówić, to chyba przez szok. Lekarz zbadał mnie i pobrał krew do badań. Po jakiejś pół godzinie dał mi wreszcie spokój, powiedział żebym dużo odpoczywała. Wzięłam telefon do ręki i napisałam sms do przyjaciółki o tym co się stało i gdzie jestem. Spytałam się także o mamę, czy coś jej się stało. Na szczęście ma tylko złamaną rekę i lekko pęknięte żebra. Uff...
Margaret przyjechała do mnie po kwadransie, z moimi rzeczami , jedzeniem itp.
Przytuliła mnie i dała buziaka w policzek. Powiedziała, że wieczorem przyjadą do mnie rodzice. Uśmiechnęłam się lekko. Za szybą od sali, zauważyłam siedzącego, załamanego Justina. CO? Widziałam przed sobą JUSTINA BIEBERA?! Dopiero teraz zaczęłam kontaktować, to on tu wtedy siedział i głaskał moją rękę. Uśmiechnęłam, napisałam Margaret na kartce, żeby go tu zawołała.
*oczami Jusa*
Z sali wyszła jakaś dziewczyna, domyślam się że siostra lub przyjaciółka Sam.
Podeszła do mnie, usiadła obok mnie i zaczęliśmy rozmawiać.
- Hej, to ty jesteś Justin Bieber?
- Cześć, tak to ja.
- a mogę wiedzieć co tutaj robisz?
- no bo wiesz... no bo , ten tego... ja też brałem udział w tym wypadku, właściwie to ten wypadek z mojej winy był... - zaciąłem się.
- Nie martw się, Sam na pewno szybko wróci do zdrowia - pocieszyła mnie.
- mam taką nadzieję. - odparłem.
- Przepraszam cię na chwilę , ale muszę gdzieś zadzwonić. Pożegnałem się i wyszedłem ze szpitala. Wybrałem numer telefonu.
--------------------------------
Heej, rozdział do bani, ale obiecałam Wam dłuższy więc jest :)
Przeczytałeś? = Skomentuj! Z góry dzięki ! :)
Następny rozdział = 8 komentarzy
Zuza, xo .
niedziela, 23 grudnia 2012
Rozdział.2
- OMG. Naprawdę ? nie wiem co powiedzieć. Jesteście wspaniali! - przytuliłam mocno rodziców. Nadal nie mogłam ogarnąć wzruszenia.
- Koncert odbędzie się za tydzień. Następnego dnia przyjedzie po ciebie Justin i spędzisz z nim cały dzień. Pewno nie możesz się już doczekać, co? - uśmiechnęła się mama.
- No nie. Nie mogę nadal w to uwierzyć! Co o tym sądzisz Margi ?
- Cieszę się razem z tobą. Nawet ci trochę zazdroszczę. - przytuliła mnie.
Jeszcze raz im za wszystko podziękowałam i poszłam na górę do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku i włączyłam laptop. Dostałam dużo życzeń na fb i twitterze. Napisałam również, że dostałam bilet na koncert Jusa. Wyłączyłam komputer i wykąpałam się. Położyłam się spać i po chwili zasnęłam.
(oczami Justina) - taki bonus :)
Ahh... ten wieczór był cudowny... tłumy fanek, beliebers i pełno rozdanych autografów. Wykończony pracą wróciłem autobusem do hotelu.
Odebrałem kluczyk od swojego pokoju i wjechałem windą na górę. Pokój mam na końcu korytarza, więc będę mieć spokój, to dobrze. Postawiłem walizkę na ziemi i walnąłem się zmęczony na łóżko. Nie wiem kiedy , usnąłem.
*Następny dzień*
(już oczami Sam)
Obudziłam się o 9.30. Była sobota rano. Zwlokłam się z łóżka i zeszłam do kuchni zrobić sobie kawę. Tak, kawa - tego mi było trzeba.
Zaparzyłam napój i usiadłam przed telewizorem. Włączyłam MTV.
Akurat leciał Justin - Boyfriend. Zaczęłam tańczyć w rytm muzyki.
Niestety wstała moja mama i musiałam się "ogarnąć".
Mama zajęła się robieniem śniadania, a ja kończyłam swoją kawę.
Na śniadanie były naleśniki. Mmm... kocham naleśniki!
Wziełam sobie cztery, bo byłam strasznie głodna.
- Kochanie, chciałabyś jechać dzisiaj ze mną na zakupy do galerii? - spytała moja mama. I to w niej kocham, czasami zachowuje się nastolatka, Kocha zakupy.
- Oczywiście, że tak mamo. - uśmiechnęłam się promennie.
- Muszę sobie kupić jakieś extra wdzianko, na to spotkanie z Bieberem! - zerwałam się.
-Bym zapomniała, skleroza w tym domu rodzinna! Mogłaś mi przypomnieć.- zwróciłam się do mamy.
Poszłam na górę do swojego pokoju, umyłam się i ubrałam.
Spakowałam do torby potrzebne rzeczy i zeszłam na dół.
Mama już na mnie czekała, zamknęłyśmy domy i ruszyłyśmy w stronę
samochodu. Zapięłam pasy. Ruszyłyśmy, do galerii miałyśmy 15 minut jazdy.
Włączyłam radio, leciała jakaś dobijająca nuta, więc je wyłączyłam. Jechałyśmy w ciszy. Gdyż nagle, przed oczami pojawił nam się inny samochód. Jechał w naszym kierunku. Niestety mama nie zdążyła zahamować...
------------------------
Hej, wiem , że nawaliłam i że rozdział krótki i nudny, ale dopiero niedługo się rozkręci :D A i proszę, piszcie komentarze i jak możecie to polecajcie, proszę!
Nie będzie komentarzy = nie będzie rozdziałów :)
kocham, Zuza. x
- Koncert odbędzie się za tydzień. Następnego dnia przyjedzie po ciebie Justin i spędzisz z nim cały dzień. Pewno nie możesz się już doczekać, co? - uśmiechnęła się mama.
- No nie. Nie mogę nadal w to uwierzyć! Co o tym sądzisz Margi ?
- Cieszę się razem z tobą. Nawet ci trochę zazdroszczę. - przytuliła mnie.
Jeszcze raz im za wszystko podziękowałam i poszłam na górę do swojego pokoju. Położyłam się na łóżku i włączyłam laptop. Dostałam dużo życzeń na fb i twitterze. Napisałam również, że dostałam bilet na koncert Jusa. Wyłączyłam komputer i wykąpałam się. Położyłam się spać i po chwili zasnęłam.
(oczami Justina) - taki bonus :)
Ahh... ten wieczór był cudowny... tłumy fanek, beliebers i pełno rozdanych autografów. Wykończony pracą wróciłem autobusem do hotelu.
Odebrałem kluczyk od swojego pokoju i wjechałem windą na górę. Pokój mam na końcu korytarza, więc będę mieć spokój, to dobrze. Postawiłem walizkę na ziemi i walnąłem się zmęczony na łóżko. Nie wiem kiedy , usnąłem.
*Następny dzień*
(już oczami Sam)
Obudziłam się o 9.30. Była sobota rano. Zwlokłam się z łóżka i zeszłam do kuchni zrobić sobie kawę. Tak, kawa - tego mi było trzeba.
Zaparzyłam napój i usiadłam przed telewizorem. Włączyłam MTV.
Akurat leciał Justin - Boyfriend. Zaczęłam tańczyć w rytm muzyki.
Niestety wstała moja mama i musiałam się "ogarnąć".
Mama zajęła się robieniem śniadania, a ja kończyłam swoją kawę.
Na śniadanie były naleśniki. Mmm... kocham naleśniki!
Wziełam sobie cztery, bo byłam strasznie głodna.
- Kochanie, chciałabyś jechać dzisiaj ze mną na zakupy do galerii? - spytała moja mama. I to w niej kocham, czasami zachowuje się nastolatka, Kocha zakupy.
- Oczywiście, że tak mamo. - uśmiechnęłam się promennie.
- Muszę sobie kupić jakieś extra wdzianko, na to spotkanie z Bieberem! - zerwałam się.
-Bym zapomniała, skleroza w tym domu rodzinna! Mogłaś mi przypomnieć.- zwróciłam się do mamy.
Poszłam na górę do swojego pokoju, umyłam się i ubrałam.
Spakowałam do torby potrzebne rzeczy i zeszłam na dół.
Mama już na mnie czekała, zamknęłyśmy domy i ruszyłyśmy w stronę
samochodu. Zapięłam pasy. Ruszyłyśmy, do galerii miałyśmy 15 minut jazdy.
Włączyłam radio, leciała jakaś dobijająca nuta, więc je wyłączyłam. Jechałyśmy w ciszy. Gdyż nagle, przed oczami pojawił nam się inny samochód. Jechał w naszym kierunku. Niestety mama nie zdążyła zahamować...
------------------------
Hej, wiem , że nawaliłam i że rozdział krótki i nudny, ale dopiero niedługo się rozkręci :D A i proszę, piszcie komentarze i jak możecie to polecajcie, proszę!
Nie będzie komentarzy = nie będzie rozdziałów :)
kocham, Zuza. x
sobota, 15 grudnia 2012
Rozdział. 1
Był piękny majowy poranek. Mój zegarek wskazywał godzinę 8. Miałam do szkoły na 9 , więc postanowiłam już wstać.Poszłam do łazienki i się umyłam.
Uświadomiłam sobie właśnie, że mam dzisiaj urodziny. Ojeju! prawie bym zapomniała! Ubrałam się i zeszłam na dół na śniadanie. W kuchni zastałam mamę.
- Wszystkiego Najlepszego! - krzyknęła i przytuliła mnie. Podziękowałam jej za życzenia.
- Curuś, nie martw się. Prezent dostaniesz wieczorem. - zaśmiałyśmy się.
- Ależ nie martwię się mamo. Wiem , że razem z tata coś przygotowaliście, a ja się dowiem co... - zaśmiałam się i zabrałam za jedzenie śniadania.
- Tak , tak , jasne. Ale jedz trochę szybciej , bo spóźnisz się do szkoły - ponagliła mnie mama.
Skończyłam jeść śniadanie, zarzuciłam plecak na plecy , pożegnałam się z mamą i wyszłam z domu. Chodzę do szkoły pieszo, gdyż zajmuje mi to zazwyczaj 10 minut. Dzisiaj zajęło mi to o dziwo 15 minut, po prostu zastanawiałam się dostanę na urodziny oprócz życzeń.
Gdy doszłam do szkoły, to pierwszą osobą, którą spotkałam była Margaret.
- Czeeeść Sam, wszystkieeego najleepszego! - krzyknęła na mój widok.
Przytuliłyśmy się. Margaret wręczyła mi prezent. Rozpakowałam go i znalazłam tam śliczny wisiorek z napisem" Best Friends Forever". Margaret ma taki sam.
Łzy napłynęły mi do oczu.
- Oh, Margaret! On jest cudowny! Dziękuję! Jesteś cudowna! - nie ukrywałam wzruszenia. Doszłyśmy do sali i rozpoczęła się lekcja.
Podczas całego dnia ogólnie życzenia złożyło mi o dziwo dużo osób.
Lekcje skończyły się o godz.15:30. Wróciłam do domu z przyjaciółką.
W domu chyba nikogo nie było. Trudno, rodzice powinni niedługo wrócić.
Zgłodniałam , więc odrazu udałam się do kuchni, zaparzyłam nam herbatę.
Usiadłyśmy na kanapie i włączyłyśmy telewizor. Po pół godzinie wrócili rodzice.
Znowu złożyli mi życzenia. Zaparzyłam im również herbatę i wszyscy usiedliśmy przy stole.
- No więc, chyba przyszła idealna pora by wręczyć ci twój prezent urodzinowy , Sam . - zaczął tato. Mama wstała.
- A więc, córciu, wiemy ,że to twoje marzenie, dlatego kupiliśmy tobie złoty bilet na koncert Justina Biebera.
Uświadomiłam sobie właśnie, że mam dzisiaj urodziny. Ojeju! prawie bym zapomniała! Ubrałam się i zeszłam na dół na śniadanie. W kuchni zastałam mamę.
- Wszystkiego Najlepszego! - krzyknęła i przytuliła mnie. Podziękowałam jej za życzenia.
- Curuś, nie martw się. Prezent dostaniesz wieczorem. - zaśmiałyśmy się.
- Ależ nie martwię się mamo. Wiem , że razem z tata coś przygotowaliście, a ja się dowiem co... - zaśmiałam się i zabrałam za jedzenie śniadania.
- Tak , tak , jasne. Ale jedz trochę szybciej , bo spóźnisz się do szkoły - ponagliła mnie mama.
Skończyłam jeść śniadanie, zarzuciłam plecak na plecy , pożegnałam się z mamą i wyszłam z domu. Chodzę do szkoły pieszo, gdyż zajmuje mi to zazwyczaj 10 minut. Dzisiaj zajęło mi to o dziwo 15 minut, po prostu zastanawiałam się dostanę na urodziny oprócz życzeń.
Gdy doszłam do szkoły, to pierwszą osobą, którą spotkałam była Margaret.
- Czeeeść Sam, wszystkieeego najleepszego! - krzyknęła na mój widok.
Przytuliłyśmy się. Margaret wręczyła mi prezent. Rozpakowałam go i znalazłam tam śliczny wisiorek z napisem" Best Friends Forever". Margaret ma taki sam.
Łzy napłynęły mi do oczu.
- Oh, Margaret! On jest cudowny! Dziękuję! Jesteś cudowna! - nie ukrywałam wzruszenia. Doszłyśmy do sali i rozpoczęła się lekcja.
Podczas całego dnia ogólnie życzenia złożyło mi o dziwo dużo osób.
Lekcje skończyły się o godz.15:30. Wróciłam do domu z przyjaciółką.
W domu chyba nikogo nie było. Trudno, rodzice powinni niedługo wrócić.
Zgłodniałam , więc odrazu udałam się do kuchni, zaparzyłam nam herbatę.
Usiadłyśmy na kanapie i włączyłyśmy telewizor. Po pół godzinie wrócili rodzice.
Znowu złożyli mi życzenia. Zaparzyłam im również herbatę i wszyscy usiedliśmy przy stole.
- No więc, chyba przyszła idealna pora by wręczyć ci twój prezent urodzinowy , Sam . - zaczął tato. Mama wstała.
- A więc, córciu, wiemy ,że to twoje marzenie, dlatego kupiliśmy tobie złoty bilet na koncert Justina Biebera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)